czwartek, 3 kwietnia 2014

Rozdział 2 cz.II- Niewyjaśnione, zostaje...

Dziękuje, za te 5 komentarzy pod notkami. I dzięki za rady. Tym razem starałam się pamiętać o interpunkji, ale nie daje za to głowy. Nie bijcie. A co do nowego to postaram się jak najszybciej, może w weekend, a i prawie zapomniałam, spróbuje dodać wszystkich bohaterów.
**Czytasz=komentujesz**
*Oleńka*


Kolejne dniu były dla Hermiony straszne. Po pierwsze nie mogła nigdzie znaleźć prawdziwego aktu urodzenia synka, a co jeszcze gorsze coraz bardziej zapominała o Ronie. Czasem tylko w jej głowie były wizje wcześniejszego życia z Rudzielcem. Rzadko dostawała też od niego listu, tłumaczył się jednak,że nie ma czasu, jest zapracowany. Szczerze nie przeszkadzało jej to. Dzień mijał za dniem, a ona popadała w rutynę. Była dopiero połowa września a ona u niej już wszystko działało jak w zegarku. Budziła się skoro świt i planowała lekcje, potem szła na śniadanie. Aby następnie unikając wzroku Dracona uciekała na lekcje. W czasie przerwy obiadowej rozmawiała trochę z synem, a potem zaszywała się w swoim mieszkanku. Czytała, poprawiała wypracowania. Wieczorem szła na spacer wokół jeziora. Wracała na kolację. A potem tylko szła spać i tak codziennie. Pogoda zaczęła się psuć, przez całe dnie padało, rujnując boisko szkolne, podobnie jak nastroje uczniów.
Ostatniego dnia września, jak co dzień szykowała się na spacer. Ale teraz było inaczej, nie wiedziała czemu, ale wiedziała, że coś się wydarzy. Ubrała swój beżowy płaszczyk, który kupiła jeszcze za czasów, mieszkania z Malfoy'em. Założyła czarne, zamszowe szpilki, zamknęła sypialnię i udała się na błonia. Przed wyjściem na dwór rzuciła na siebie zaklęcie, aby nie zmoczył jej deszcz. Wychodząc z zamku, poczuła pod nogami mokrą trawę. Zrobiła krok, i poślizgnęła się. Przeklinała się, za to, że założyła szpilki. Pewna, że zaraz runie w błotnistą trawę. Zamknęła oczy, czekają na swój los. Jednak po chwili poczuła nie zapach trawy pod sobą, ale cudownie pachnące męskie perfumy. Przypomniała sobie, że skądś zna te perfumy. A już po chwili wiedziała kto takowych u żywa. Wyrwała się z ramion swojego wybawcy posyłając mu pytające spojrzenie. Przed nią stał Draco Lucjusz Malfoy i wpatrywał się w nią świdrująco swoimi stalowoszarymi oczami. Ona pierwsza przerwała kontakt wzrokowy, nie chcą myśleć o tym co było.
-Dzięki..-wymruczała spuszczając wzrok i pozwalając aby jej włosy otuliły jej zarumienione policzki.
-Nie ma za co. Jestem przecież dżentelmenem.-odpowiedział, posyłając jej jedno ze swoich zabójczych,lecz delikatnych uśmiechów.
-Jeszcze raz dzięki. A co ty tutaj właściwie robisz?-wydukała. próbując spojrzeć mu w twarz.
-Szukałem Ciebie, na prośbę McGonnagall. Chce nas widzieć u siebie. I nie, nie wiem o co chodzi.-powiedział poprzedzając pytanie brunetki, oferując jej swoje ramie.
Ona jednak uśmiechnęła się pokrzepiająco i wyminęła go wchodząc do budynku. Twarz Dracona przebiegł grymas zdziwienia. Jednak nie przejął się tym za bardzo, ponieważ nie mógł zaprzeczyć, że skrycie cieszył się, że może iść za brunetką patrząc na jej doskonałe kształty. Uśmiechnął się i poszedł za nią.
Hermiona ruszyła do gabinetu dyrektorki, nie oglądając się na idącego za nią białowłosego chłopaka. Choć czuła jego wzrok na sobie, nie chciała dać mu tej satysfakcji i obrócić się. Podziękowała sobie w duchu, za to, że tak szybko dotarli przed posąg chimery. Tym razem to on ją wyminął i podszedł do posągu, torującego schody. Szepnął hasło i ustąpił miejsce Hermionie.
-Nie musiałeś Malfoy, ale dziękuje.-powiedziała wchodząc na schody, swoim wyćwiczonym podczas bycie jego wrogiem tonem.
Wiedziała, że z jej głosu nie wyczyta z niego jej emocji, tak jak z oczu. Uśmiechnęła się do siebie, za to trafne spostrzeżenie. Choć, nie mogła zaprzeczyć, że lubiła przebywać w jego towarzystwie, teraz czułą na sobie dreszcze. Nie była pewna, czy to dreszcze podniecenia, czy strachu. Kiedy tylko dotarła do drzwi zapukała i zaraz po tym weszła do gabinetu. Zaraz za nią wszedł Malfoy, zamykając drzwi.
Hermiona natomiast rozejrzała się po gabinecie. Kiedy była tu poprzednim razem, była za bardzo wściekła, na Malfoya alby przejrzeć zawartość gabinetu. Nie zmienił się wiele, od czasów panowania Dumbeldora. Może tylko na ścianie wisiał nowy obraz. Oczywiście przedstawiający byłego, nieżyjącego już dyrektora. Na obrazie jednak wspomniany uśmiechał się do niej, tak jak zapamiętała, gdy chodziła do szkoły.
-Cieszę się, że jesteście. Usiądźcie-rzekła dyrektorka, jednak to drugie było skierowane bardziej do Hermiony, bo Dracon już siedział w fotelu naprzeciw biurka.
Była Gryfonka, również zajęła szybko miejsce koło niego, nie siląc się nawet na spojrzenie. Nie chciała zdradzić swoich uczuć do niego. Przegoniła z głowy tą myśl. Myśl, która siedziała w jej głowie już od ich pierwszego spotkania po latach. Nie, nie kochała go. Kochała Rona, miała z nim syna. W sumie, syna nie miała z Ronem tylko z siedzącym obok byłym Ślizgonem, ale cóż. Nie wszystko potoczyło się po jej myśli.
-Zwołałam was tutaj, ponieważ chciałabym przekazać wam, że w tym roku wy będziecie odpowiedzialni za uczniów pozostających w szkole podczas świąt. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko pozostanie w święta w szkole?-powiedziała, a oni tylko kiwnęli głową na znak zrozumienia.
Jednak każde z nich biło się z myślami. Hermiona klęła Gryffinodra, na McGonnagall, na Malfoy'a i nawet na siebie samą. Pierwszy raz świadomie chciała opuścić Hogwart. Nie chciała dać się ponieść emocjom, kiedy będzie z Malfoy'em sam na sam. Natomiast Draco postanowił, że podczas przerwy doprowadzi jego relacje z Hermioną do pozytywnego stanu. Chciał z nią szczerze porozmawiać. Ale czemu miał czekać, musiał z nią porozmawiać i to już, dziś, teraz, no może jak wyjdą z gabinetu dyrektorki.
-To chyba wszystko. Możecie iść.-wyrwała ich oboje z zamyślenia dyrektorka.
***
Pokój Wspólny Slytherinu był dla wszystkich z Domu Węża drugim domem. Tak jak codziennie wieczorem było tu pełno osób. Śmiejących się z przyjaciółmi, pijących kremowe piwo lub Ognistą, rozmawiających wesoło. Oraz oczywiście odpoczywających czy odrabiających lekcje. Przy jednym ze stolików, siedziała trójka młodych Ślizgonów zawzięcie o czymś dyskutując.
-Jeśli, choć piśniesz słówko, obiecuję Ci jak matkę kocham, że już nigdy nie będziesz miał różdżki w ręce.-warknął młody Weasley na swojego kumpla Notta.
-Nie jestem przekonany, co do waszego pomysłu.-tym razem odezwał się Nott, mierząc obu kolegów spojrzeniem, niczym istna panna Granger za czasów szkolnych.
-Dean, stary nie wymiękaj. Uda się jeśli pomożesz. A teraz cisza idzie Amy.-powiedział szeptem, niczym jakiś przestępca młody Zabini i głowy całej trójki obróciła się na przechodzącą obok ich stolika dziewczynę o długich blond lokach i dużych, błękitnych oczach, które okrywał wachlarz rzęs. Była to ich koleżanka z roku Amy Longbotton, coka Luny i Nevilla. Uśmiechnęła się do chłopców i poszła do swojego dormitorium. Po chwili, kiedy ich emocje opadły zaczął Tom.
-Jutro, albo nigdy.-powiedział z uśmiechem niczym Malfoy i poszedł za blondynką, wprawiając swoich przyjaciół w nie małe zdziwienie.
-Ona mu się podoba na serio?-zapytał bez przekonania Nott, jednak na jego pytanie Zabini wzruszył tylko ramionami i zaczął pisać esej na eliksiry.
* **
Szybko pożegnali się i wyszli na schody. Tym razem pierwszy szedł Draco, a Hermiona wlekła się powolutku za nim. Nim się spostrzegła dotarli do swoich sypialni.
-Draco, dziękuje za uratowanie mnie przed upadkiem.-przerwała ciszę, wpatrując się w jego oczy. Oczywiście nieświadomie.
-Nie ma za co, już co mówiłem, Mion.., znaczy Granger.-wyjąkał w końcu Draco, sam się sobie dziwiąc z jaką niepewnością mówi do szatynki.
Uśmiechnęła się jeszcze i ruszyła w stronę swojego gabinetu, a dokładniej klasy. Kiedy miała właśnie naciskać klamkę zdobył się na odwagę.
-Herm...-powiedział cichym, ale pewnym głosem, a ona jak automat odwróciła się w jego stronę, posyłając mu pytające spojrzenie.-Chodzi o to...Znaczy..Na Merlina....Nie chcę się kłócić, ale nie chce też udać, że nigdy nic nas nie łączyło..-zaczął w końcu jednak ona mu przerwała.
-To długa historia. Może nie na korytarzu. Zapraszam na późną herbatę.-wypowiedziała siląc się na uśmiech i próbując uspokoić szalejące w piersi serce. Nie mogła zrozumieć czemu ona tak na nią działa.
Z radością, przystał na jej propozycję i po chwili siedzieli już na kanapie w saloniku w mieszkanku czarodziejki w kieliszkami wina w dłoniach. Od zawsze uważała, że najlepiej rozwiązywać problemy przy dobrym alkoholu i pamiętała, że on się z nią w tej sprawie zgadzał.
-Draco, po pierwsze chciałabym Cię szczerze przeprosić. Draco, przepraszam, że uciekłam. Wiem, że nie ma nic na moje wytłumaczenie ale proszę wybacz.-kasztanowłosa wyrzuciła z siebie słowa patrząc uważnie w oczy chłopaka.
On sam widział,że nie kłamie. Widział, że jej oczy zaszkliły się i wyrażały tylko smutek i zażenowanie. Dziwił się sobie, ale już po wypowiedzeniu przez nią jej imienia, wybaczył je to co zrobiła. Sam nie wiedział co było w tej drobnej kobiecie, ale nie mógł się na nią długo gniewać. Przecież tylko ona wierzyła, w niego. Nie patrzyła na niego jak na byłego śmierciożerce, ale jak na człowieka, który ma prawo popełnić błąd. Pamiętał każdy ich wspólny dzień i każą rzecz, którą razem robili. Pamiętał ich pierwszą wspólną noc, ich pierwszy pocałunek. Jej każdy uśmiech. Nim się obejrzał czuł na sobie jej oddech. Widział, że ona jest z kimś innym ale to się da niego nie liczyło. Spojrzał w jej czekoladowe oczy i zamarł...